najważniejsza zasada mamy

with 4 komentarze

zasada mamy

z pełną odpowiedzialnością powiem teraz, że mam rację. że to, co teraz napiszę to PRAWDA, słuszna droga. więc mnie posłuchaj, droga Mamo. istnieje dla mnie jedna, jedyna, najważniejsza zasada, której powinna trzymać się każda z nas. co mam na myśli, mówiąc „nas”. mam na myśli mamy, które są z dziećmi w domu. ja teraz jestem. i do września jeszcze będę. czemu pomijam tatusiów? bo nie znam żadnego, który podjąłby się siedzenia w domu z dzieckiem. no ale ja w lesie mieszkam, co ja tam znam. ok, jesteś więc rodzicem na pełen etat. jesteś na urlopie macierzyńskim, wiesz sama, leżysz i pachniesz, dziecko chodzi po Tobie, czytasz sobie gazetkę, podrzucisz maluchowi gryzaczek, coś tam czasem dasz jeść i to zasadniczo na tyle. w domu bajzel masz, w końcu ciężko, oj ciężko. jedni niemal współczują, mówią „nie zazdroszczę, to ciężka praca”, inni, kiedy mówisz, że jesteś zmęczona, rzucają lekceważące spojrzenia. mnie to, generalnie, rybka jaka jest reakcja, bawią mnie jednak te pełne oburzenia. „jak można tak mówić?”, „jak można nie cieszyć się tym czasem?”, „jak można być zmęczonym siedzeniem w domu?” i takie tam. pełne oceny, krytyki. najświetniejsze jest to, że mówią to osoby, które dnia jednego z dzieckiem same nie spędziły. dnia! czy mają dzieci, czy nie mają, uważają, że dziecko to dar największy, złoto takie, słodycz, miłość, zabawa, beztroska.

i racja, wszystko racja.

serio.
ale to tylko wycinek całej tej zabawy.

lubisz czekoladę? nie? to co lubisz najbardziej? ale tak, że wiesz, że Ci to nie zbrzydnie nigdy, że możesz jeść na kila. no to zachęcam teraz, kup tych kil dziesięć. i zjedz na śniadanie. i na drugie. i obiad. zgadłeś, na kolację też. i jak się w nocy przebudzisz, sięgnij koniecznie. wstań i zjedz znowu. i jeszcze. i wyjedź na zakupy i w kieszeń to schowaj, i podgryzaj. potem wróć, rozpakuj te zakupy, w międzyczasie też zjedz, no nie żałuj sobie. odpocznij jednak, w końcu bez przesady, uwal się na kanapę, włącz serial, z tych nowych jakiś, których ja nie znam. wyciągnij kopyta na ławę i sięgnij po.. to jedzenie. pewnie już troszkę odczuwasz przesyt. to wyłącz serial, załaduj Chodakowską na jutubie i zrób trening. nie zapomnij jednak w międzyczasie wsuwać przysmaku.

i tak to trochę wygląda.

bycie z dzieckiem to doświadczenie skrajne. wszystko dzieje się z maluchem, ale to WSZYSTKO. każda czynność, która wcześniej była zwykłą, normalną, codzienną, teraz jest małym wyzwaniem.
dołóżmy do tego nasze emocje, oczekiwania społeczeństwa, zmęczenie, brak wsparcia, przewalone życie do góry łbem i wynikiem będzie wielka i uparta jak wół (albo moja Młodsza) frustracja. bo macierzyństwo to frustracja. nie zawsze i nie ciągle. i nie wiem, czy dla każdej kobiety, w końcu z każdą nie rozmawiałam. te jednak, które znam, miały lub miewają okresy mega frustracji. bo dziecko swoje kochasz niemożliwie bardziej od czekolady. i jesteś z nim non stop, noooon stop. i musi, ale to musi w końcu zadziać się tak, że Cię weźmie na wymioty. no nie ma bata. nawet Pani z przedszkola mojej córy powiedziała mi raz na korytarzu, że był czas, że by tą swoją komuś oddała. czy wywiozła, czy rozszarpała, no jakoś tak. i to było naprawdę fajne, szczere wyznanie. nie karcące „weź się kobieto opanuj, w końcu przecież się ubierze”, ale komunikat „rozumiem. byłam tam”.

bo rodzicielstwo to nie lawendowe pierdy.

oczywiście, sytuacje są różne. i my jesteśmy różne. mamy różne wyobrażenia, różne doświadczenia, zupełnie inne życie „przed”. myślę sobie, że to ma olbrzymi wpływ na samopoczucie „po”. czy musisz z czegoś zrezygnować (nie udawajmy. na jakiś czas MUSISZ zrezygnować), czy masz wokół siebie ludzi? spotkałam raz koleżankę w spożywczaku, miesiąc czy dwa po porodzie kupowała makaron. sama! jakbym ducha zobaczyła. pomyślałam sobie, jak ma cudownie, jaki to luksus, móc wyjść z domu bez dziecka po makaron.
a dzisiaj sama żyję w luksusie. mogę w miarę spokojnie się umalować, umyć zęby, zrobić siku, mogę wziąć prysznic, mogę zamknąć się w łazience, mogę skoczyć na górę po majtki dla dzieci, mogę otworzyć drzwi kurierowi, mogę prasować, mogę sadzić drzewka. wszystko to mogę! i ja się teraz nie śmieję, nie ironizuję. rok temu żadna z tych rzeczy nie była oczywista.

to nie jest normalna sytuacja. a w niej niemożliwe jest zachowywanie się ciągle tak, jak należy. są mamy, które nie wyobrażają sobie wyjścia z domu w swoich początkach macierzyństwa. ja byłam taką mamą. pierwszy raz wyszłam po 8 miesiącach. wcześniej nawet nie odczuwałam takiej potrzeby. jakby człowiek był tylko cyborgiem do zapieprzania. sługą swego pana. to nic, że pan to cały świat. powtórzę – normalne to to nie jest. wcześniej byłaś może rowerzystką, biegaczką, śpiewaczką w chórze, o roli w pracy nie wspomnę. teraz jesteś po prostu mamą. nie tylko, a po prostu. i choć to rola najfajowsza na świecie, to jednak i najbardziej wymagająca, najbardziej dająca po dupie, bo przecież chcesz być NAJ. a nie jesteś. zawalasz. bo każda mama czasem zawala. i to jest NORMALNE. pękałam raz za razem, miałam chęć rozpędzić się i przywalić łbem w drzewo. i frustracja jeszcze większa, bo przecież kocham to stworzonko, czemu więc znowu się na nie wydarłam??

no właśnie. temu, bo nie miałam możliwości, by wdrażać w życie tę najsłuszniejszą zasadę ever.

ta zasada to: PRZERWA.

oddech.

zamiast czekolady sałatka. albo kebab. albo nic.

czytałam kiedyś zdanie mamy, która mówiła, że ona wcale nie jest swoim dzieckiem zmęczona. uwielbia spędzać z nim czas, śmieją się razem, czytają, rozmawiają i bawią. i, że nie wie skąd ten przesyt u rodziców, i że się dziwi. i, że się nie powinno marudzić, ale dać czas dziecku, uwagę. a potem dodała, że bardzo tęskni za synkiem. okazało się, że wyjeżdża co jakiś czas z domu na trzy dni. hm.

czas bez dzieci to RATUNEK. to powietrze. to jedyny warunek, by to jakoś przeżyć. nie zwariować. nie drzeć się na wszystkich. by bawić się z ochotą. by cieszyć się ze wspólnego spaceru. by chcieć rano otworzyć oczy. to dotyczy szczególnie mam będących w domu z małymi dziećmi. kiedy pacholęcia idą do przedszkola, idziesz do pracy czy pracujesz w domu, masz inne zajęcia. i okazuje się, że zatęsknisz nawet za małymi i pomyślisz, że za mało czasu macie dla siebie. i to jest super. z potrzeby biorą się rzeczy niesamowite, z nadmiaru to tylko kac.

wyjazd na trzy dni z domu. marzenie.

jedne mamy nie rozumieją problemu, bo od początku mają wsparcie z zewnątrz, mamę, siostrę, męża, teściową, która zabierze swoje wnusiątko na spacer, jeszcze Ci za to podziękuje. ale są mamy, które są wiecznie same. facet w delegacji, mama daleko, siostra ma swoje sprawy. narzekać nie wypada, no bo jaaak?? na cud macierzyństwa? ja mam i miałam rok temu i Chopa, i mamę, i teściową, i siostrę. tylko moje dziecię nie chciało tej pomocy, nie było gotowe. poczucie bezpieczeństwa moich dzieci to dla mnie rzecz święta jest. mogą chodzić brudne (i często chodzą), mogą jeść nieregularnie (i często jedzą), ale czuć muszą, że mama i tata stoją za nimi murem i SĄ.

druga sprawa to fakt, że dzieci też są różne. absorbujące i te mniej. temperamentne i te mniej. głośne i te mniej. moje nie z tych, co mniej. Młodsza ma coraz silniejszą potrzebę ruchu, Starsza nie ma potrzeby ruchu. ona ma Ruch na drugie imię. są dzieci, które nie wejdą na schody, bo się boją, nie dotkną ognia, bo mama powiedziała, że parzy. moje muszą spaść, zobaczyć, powąchać, sprawdzić jak porusza się żmija, którą spotkałyśmy ostatnio na spacerze. są dzieci, które panikują, bo wylały na siebie sok i teraz takie utytłane. moje jak nie utytłane, to nie moje. i ten poziom uwagi, której dzieci wymagają, też jest różny.

dzisiaj Młodsza nie chodzi jeszcze do przedszkola, ale zostaje już z obiema babciami, wożę ją też na zajęcia do NAJLEPSIEJSZEGO miejsca dla dzieci, czyli do naszej cioci Gabrysi. zostaje z tatą, wyjeżdża z tatą.

daję sobie przerwy. funduję sobie czas.

w każdym tygodniu.

ale czasem zapominam. jest normalnie, nie ma ciśnienia, po prostu zapominam. a potem jak mi grzać zaczyna pod kopułą, to się sama pytam „co jest, do cholery?”. a tu zaniedbałam przerwę. i się ulało. zresztą, ja o tym już pisałam, tylko nie u siebie. zerknij, jak to się kiedyś u Kilinskiej żaliłam czy chwaliłam, w sumie nie wiem.

może dla Ciebie to takie naturalne jest, oczywiste. ale jak ja się rozglądam po mamach wokół, to mało która świadomie o to dba. wyjście z domu z koleżankami urasta do rangi wydarzenia. oddechem jest wizyta u dentysty. heh, pamiętam, jak sama jechałam z gorączką do apteki, czułam się przez ten kwadrans, jakbym wycieczkę na Kanary wygrała :)

prosta rzecz. przerwa. szczególnie od spraw, które są dla nas NAJ. przerwa jest dobra dla matki i dla dzieci, dla ojca, dla związku, toż nawet w pracy funkcjonuje urlop.

mogą znowu cieszyć rzeczy małe, jak cieszyły całe życie. można znowu patrzeć na te mordki, na te słodkie, diabelskie pomiociki i cieszyć się, że są. bo bez nich to by przecież nie cieszyło nic. cały wolny czas, wszystkie zabawki świata. ach, idę spojrzeć jak śpią. są wtedy najsłodsze :)

 

jeśli jesteś teraz w domu z dzieckiem, ile czasu tygodniowo spędzasz bez niego? a jeśli ten czas za Tobą, to przypomnij sobie, jak to było. i daj znać. koniecznie.

 

ściskam ciepło :)

Beata

 

Follow czarny dach:

Latest posts from
  • To wszystko prawda, doskonale pamiętam stany umysłu jakie opisujesz. Ale moja już ma prawie 10lat, teraz wręcz czuję, że mam jej za mało- ja ciągle w pracy, a jak wracam to ona wychodzi na dwór z koleżanką :-) Takie życie….

  • Ewelina Matusiak

    Jakie to prawdziwe! Ja bedac w ciazy z drugim dzieckiem bylam na zwolnieniu od 3 m-ca i rok maciezynskiego.. myslalam ze oszaleje sama ze soba nie moglam wytrzymac.. teraz wiem ze zle robilam ale teraz to jest juz 3 lata po! Wtedy wydawalo mi sie to naturalne i nawet nie wyobrazalam sobie ze ja moge wysc sama np do sklepu po makaron :-) jak wrocilam do pracy odetchnelam.. sa inne problemy, brak czasu na wszystko ale te 8 h spedzonych „sama” sa jak zbawienie.. i po kilku daniach spedzonych w domu ciesze sie ze ide do pracy :-)

    • jak widać, jedzenie czekolady na wszystkie posiłki powoduje tylko mdłości :)

  • Mama od kilku miesięcy

    So true….