moje metody na dzieci

with 5 komentarzy

sposoby na dzieci

 

moje dzieci nie są z tych omnomnombuziulacałuskimiodziosłodzio. znaczy, teeeż, wiadomo, ale ile się trzeba przy tych paskudach natyrać, to ja jedna wiem. ostatnie tygodnie to względny spokój, no prawie sielanka. bywają jednak dni, całe miesiące, że muszę mocno spinać poślady, by nie wypuścić z siebie tego nerwa, jesssu pół powiatu by rozwalił. dzikie akcje i reakcje są nam bliskie, ale czego spodziewać się po ludziach mieszkających w lesie? z dziczyzną to my sobie rękę podajemy przy śniadaniu :D

dlatego muszę sięgać po chwyty, metody. często szukam, czytam, rozkminiam, debatuję z mądrzejszymi. muszę, bo bym zeszła. no i chcę, w końcu zamierza się te dzieci zmieniać w fajnych dorosłych, no nie?

myślę, że nie ma czegoś takiego jak jeden sposób na wszystkie dzieci. i nie ma czegoś takiego jak jedno jedynie słuszne podejście.

nie jesteśmy tworami kopiuj-wklej.

irytuje mnie, kiedy ktoś, kto zupełnie nie zna moich dzieci, próbuje wcisnąć mi porady, ba.. darmową wiedzę o tym, jak to ja powinnam z nimi postępować, jak je wychowywać. nie zna przy tym także mnie, więc nie wie, czy istotniejsze jest dla mnie „nie trzymaj łokci na stole”, czy „nie depcz tego żuczka”.

dlatego też nie są to sposoby na dzieci, są to sposoby na MOJE dzieci. nie znaczy to jednak, że nie możesz podchwycić jakiegoś pomysłu. dawaj! :)

 

nie mam pojęcia czy to autorskie, czy inspirowane, a może dokładna kopia. nie mam pojęcia, bo zwyczajnie nie pamiętam źródła, skąd wypłynęło, czy z mojego geniuszu, na którym świat się jeszcze nie poznał (przyjdzie dzień, że klękajcie narody). więc głowy nie daję. do rzeczy jednak.

bez tych sposobów bym zginęła. przepadła. dzięki tym chwytom pozbyliśmy się, oj jestem przekonana, połowy sytuacji stresowych, połowy marudzeń, narzekań, protestów. są skuteczne do granic możliwości. i proste jak budowa cepa.

 

1. „ostatni raz”

masz problem z wymuszaniem? Twoje dziecko chce jeszcze i jeszcze? zastosuj formułkę „ostatni raz”. to niemal jak abrakadabra. zamyka usta, zamyka wszystkie te kanały, które prostą drogą prowadzą do buntu, zrzędzenia, nawet histerii. ja tego zaklęcia używam codziennie, wiele razy dziennie. podrzucam gościówę pod sufit, ta krzyczy z radości, w końcu witki się męczą, więc „ostatni raz” i po temacie. kopiemy piłkę i jest fajnie, tak fajnie, że nie chcą skończyć, więc pada sakramentalne „ostatni raz”. i po temacie. robimy fikołki, obroty, jakiekolwiek superaśne ruchy, „ostatni raz”. ostatni skok, ostatni wafel, chwyt funkcjonuje pod wszelkimi „ostatecznościami”. moje kochają wodę, mycie rąk to fun, no i fun-tastycznie, tylko ileż razy w ciągu dnia można tak tę wodę przelewać. przebąkuję o wartości wody, o pieniądzach, ale jakie to są dla kilkuletnich fun-atyków wody argumenty? „ostatni raz” i małe rączki same zamykają kran (jak to dziwnie brzmi, toż kran się od początku świata zakręca, nie zamyka, ech, czasy). od dawna nie ma u nas problemu z pójściem spać, metoda „ostatni raz” funkcjonująca tutaj jako „jedna bajka”, polega na, jak się domyślasz, jednej bajeczce i do wyrka. daaawno już nie słyszałam „oj, jeszcze jedną”. działa jak ta lala.

bo metoda „ostatni raz” jest genialna w swej prostocie.

przede wszystkim stosując ją, informujesz młokosa o końcu działania, które ma teraz miejsce, a którego kończyć szkoda. nigdy nie przerywam dzieciom zabawy, czegokolwiek im miłego. powtórzę: NIGDY. bo to jakieś takie bezlitosne dla mnie (czy my przerywamy spotkanie w pół zdania?). używając metody „ostatniego razu” jakoś lżej przełknąć wszelkie zakończenia.

UWAGA: ta metoda jest skuteczna wyłącznie, gdy realizowana jest konsekwentnie. konsekwentnie oznacza ZA KAŻDYM RAZEM, GDY MÓWIĘ „OSTATNI RAZ”, TO JEST OSTATNI RAZ. nie ma wyjątków. żadne wielkie proszące oczy nie mogą tego zmienić. czy próbują? TAK. ciągle. toż głupie nie są, a nuż się matka złamie. przedziwne jest dla mnie jednak, że po próbie i moim powtórzonym „to był ostatni raz”, temat się zamyka. no zwykle. wiadomo, że nie zawsze. „zawsze” to sobie w ogóle możemy wykreślić ze słownika.

 

2. „metoda minutowa”

metoda pierwsza jest jeszcze skuteczniejsza, gdy poprzedza ją druga, nazwijmy ją roboczo „metodą minutową”. albo ją zastępuje, to zależy.

znowu rzecz tyczy się przerywania czynności przyjemnych. zabawy z koleżanką, bycia w wodzie itepe. moje dzieci świetnie kumają, że „10 minut i kończycie zabawę” to jeszcze fuuul czasu, ale „minutka i wyjeżdżamy” to już trzeba zadki powoli podnosić z podłogi. wiem, że czasem wyglądam śmiesznie, gdy tak podchodzę do każdej z moich cór, uzyskuję kontakt wzrokowy, informuję i czekam jeszcze na jakikolwiek znak, że doszło, potem robię to drugi raz, z mniejszą liczbą minut, ale co mi tam z mojej śmieszności, jak to po prostu cholernie dobrze działa. czy zawsze? toż znowu wiadomo, że nie. metoda jednak ułatwia życie mocno mocno, a tak w moim odczuciu jest jeszcze okazywaniem sobie wzajemnie szacunku. ja – dzieciom, one mnie. fajnie :)

teraz może nie metoda, a zasada.

 

3. „jemy przy stole”

proste. aż głupio w ogóle o tym mówić. ja jednak nie widziałam jeszcze rodziny, w której ta zasada byłaby respektowana. szkodniki chodzą po chałupie i jednym kruchym ciastkiem niweczą całe odkurzanie. nie zgadzam się na to. nie ma ani „chodzonego” picia, ani jedzenia. z szacunku do mnie. i do mojego lenistwa, niech ma się, jak się ma. czyli dobrze ;) krzywda się nie dzieje, korona królewnom nie spada, gdy zjedzą przy stole. mam 150 metrów podłogi do odkurzania. jesz przy stole albo wcale. taka jestem harda. oczywiście wiem, że jak Twoje dziecię nie chce jeść, to jak już chwyci to jabłuszko w rękę, to obchodzi Cię, by pomemlało je troszkę w buzi. wgniecenie go w kanapę jest dla Ciebie niewielkim kosztem, bo zysk widzisz ogromny. wiadomo. słyszałam też, że są dzieci, które nie brudzą jedzeniem, ba, nawet znam takie dzieci. moje są na drugim końcu bieguna i uwalić się potrafią od czubka głowy po przestrzenie między palcami u stóp. włącznie z otworami usznymi i pępkowym. true story.

czy zasada jest bezwzględna? nie. kiedy chałupie nie zaszkodzą już okruchy, ba, lepy pajd, ani żadne pysznościowości, bo jej stan jest.. hmm.. obrazowo nazywa to moja mama „tylko tu nasrać”, to zasady nie ma i róbta co chceta. kiedy jest łikednowy luz i opychamy się frytami i pizzą, też róbta co chceta. o dziwo, moje smarki jakoś się w tym ogarniają. zasada jest spoko.

nie przepadam za zasadami. ale te wyżej są naprawdę w dechę.

dawajcie swoje sposoby. ja mam jeszcze wieeele do ogarnięcia :)

Follow czarny dach:

Latest posts from
  • Znaczy tak kochanie, no więc: kłaniam Ci się w pas, do gołych plerów!! U mnie żadna z tych metod nie działa. Do dzisiaj, a ma skubana 8 lat. Ostatni raz?? To ja sobie tak mogę i mogę. Nic nie ma ostatni raz. Im srula starsza tym ma cięższe argumenty „mamusiu, a przypomnij sobie, jak mówiłaś mi, że pasji możesz oddać się bez przypomnienia” – kojarzy, ale nie dosłownie. A potem petarda „to jest właśnie moja pasja. oddaję się jej bez przypomnienia. nie mogę teraz przestać”. Kochanie, ona ma osiem lat!! Co będzie za kolejne osiem?? No może te minuty to tak. Też uprzedzam, że teraz to ostatnie piętnaście i już. Dosypka rano musi być, ale bez świętych „jeszcze pięć minut” się nie liczy. No to działa, fakt. Nie zawsze, ale często. Co do jedzenia przy stole, to my dopiero od tych wakacji mamy stół do jedzenia. Wcześniej wszędzie jedliśmy po czym z tyłka se okruchy wyciągałam. Masakra. Teraz mamy stół i jak ludzie siadamy przy nim i jemy. I faktycznie już nie mam czego z czeluści wyjmować. Ale i tak codziennie te podłogi jadę, bo pies. A to nosi błoto, piach i inne takie. Jednym słowem…cud, miód, orzeszki. Kiedyś, jak już oprę się o balkonik i dopadnie mnie Al, mnie będą galaretki przynosić i okruchy mi wyjmować. A ja za cholerę nie będę wiedziała i pamiętała po co ja w sumie na tym świecie jestem:)))

    • o jaaa, jej argumenty są BOSKIE :D baardzo mi się podobają hahaa, letko to nie ma, oj nie.
      u nas to, co wyżej, działa świetnie. to są takie nasze „świętości”, jak ktoś czasem zapomni to sobie wzajemnie przypominamy, one nam też i wtedy nie ma zmiłuj. ale, przysięgam, rozwiązuje to 15-17 konfliktów dziennie (dane szacunkowe :P ).
      a syf w domu, jak był, tak jest hahhaa buźka! :D

      • Tak czy inaczej, jesteś boska. I to nie od dzisiaj wiem. A syf się sprzątnie. No kiedyś na pewno. Całus

    • Zbyszek Aurast

      Do najgłupszych nie należę, że w kwestii dyskusji z dzieciakami to powiem, że czasem brakuje mi inteligencji na odpieranie argumentów 12latka. Po dwugodzinnej dyskusji na temat praw i obowiązków oraz wzorców zachowania jestem styrany jakbym mózgiem pole orał. Cieszy mnie , że mam inteligentnych synów ale to wysiłek umysłowy ogromny.

      • cena za rozgarnięte dzieci :D z jednej strony chcemy, by umiały sobie poradzić, by umiały dyskutować i argumentować, ale już nam to najlepiej jakby się dostosowały :D znaaam. u mnie małe sroki są, a już czasem wymiękam. ale też nie raz przyznaję im rację, zgadzam się z ich argumentem. ciągła orka :) . „jakbym mózgiem pole orał” hahhaa