domowe biuro, czyli tu (u)rządzę

with 18 komentarzy

domowe biuro

 

jest sobotni wieczór, przepiękny w swojej prostocie. sama na kanapie, łiskiskolą obok, w domku nawet czysto i nawet cicho. cicho, bo cała reszta śpi, a nawet, bo za oknem hula wiatr i deszcz.

założyłam to miejsce dla siebie. mam dość silną potrzebę ekspresji słownej, choć słabą wolę dokańczania tematów. wieesz, taki zapał marny, zapałkowy, silny wybuch, a potem tylko swąd siarki (ja go lubię, a Ty?). jeśli więc jest to moje miejsce, to ma być tutaj tak, jak ja chcę. a wiesz, o czym od początku chciałam Ci tutaj opowiadać? co pokazywać? swój dom. dlatego, że JA MÓJ DOM UWIELBIAM. tworzę go sama od początku. każdy wymiar okna, każde miejsce, w którym znalazło się gniazdko, to moja decyzja. oczywiście zbudowałam go razem z Chopem, mężem czyli. jednak podział zadań był prosty, on robi podstawę, ja ogarniam resztę. w nic się potem ten mój angażować nie chciał. i Alleluja! :D szczerze, to nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek miał mi w tej całej zabawie przeszkadzać, ekhem.. pomagać. miałam w głowie jakiś zarys, jakąś wizję, jeśli chcesz, opowiem Ci kiedyś, w jaki sposób stworzyłam spójny wizualnie dom. bo, co jak co, ale tego mu odmówić nie można. jest spójny do granic możliwości. ja tak zawsze chciałam. i tak mam :)

no i cóż. mój dom nie jest modny. był. teraz, w niektórych kręgach uznają go nawet za obciachowy. nudna biel, przewidywalne wybory. bla, bla, bla.. nic nowego. to nieważne. na ten moment mój dom wygląda tak, jak ja chcę, by wyglądał. mam wielką frajdę z jego tworzenia. zawsze taką miałam. nawet gdy wynajmowałam mieszkanie, nawet gdy nie miałam grosza na jego urządzenie. malowałam meble na biało, bo się od 10ciu lat kocham w tym kolorze, kupowałam pudła i pudełka, przestawiałam, kombinowałam i nigdy nie miałam dość. a gdy kupiłam coś nowego, bzdet jakiś, to chodziłam wieczorem specjalnie, by to obejrzeć, sfotografować wzrokiem i się z tą myślą i satysfakcją położyć spać. no naprawdę tak lubię urządzać.

mam 150-metrowy dom, więc co urządzać mam. mieszkamy tu dopiero od roku z małą górką. nie miałam i nie mam kasy na hop siup, kupno i gotowe, dlatego urządzam go powoli, mozolnie. i wiecie co? i to jest świetne! polecam. bardzo polecam powolny sposób urządzania. plakaty, którymi niedawno chwaliłam się na fb, chodziły mi po głowie od pół roku co najmniej. i wreszcie są, mam! szybko okazało się, że raczej nie wywołują zachwytu, że się nie podobają, ale dla mnie… ja co rano teraz schodzę na dół i idę specjalnie w miejsce, z którego mogę te plakaty podziwiać. uwielbiam je szczerze. brzydkie są, wiem, ale ja jestem nimi wręcz zachwycona. takie to mam dziwne poczucie estetyki, wiele u mnie przedmiotów brzydkich, takich, które to się raczej chowa głęboko lub wyrzuca na hałdę śmieci. zresztą niektóre to dokładnie ze śmieci zostały wytachane. opowiem o nich jeszcze. zasługują na to.

zamierzam Wam to moje miejsce pokazać i pokazywać. opowiadać, zachęcać do zabawy, jaką mam w tym ja.

na początek, tadam, ta-daaam! moje miejsce pracy. kącik mój i tylko mój, choć chrabąszcze lubią wciskać tam swoje wścibskie, malutkie paluszki, wykradać matce papier, ciąć jej notatki czy książki. no co, jak to fajne jest. mimo uzgodnienia, że do sypialni nie wchodzą, no to jednak wchodzą. a ten mój kącik zaaranżowałam sobie właśnie w sypialni. zobaczcie, jak to sobie wymyśliłam :)

domowe biuro

 

gdybyście pytali o tę kratkę nad biurkiem, to zrobiła ją dla mnie Marta. tę obłędną drabinę, również. mam taką też w łazience, jestem absolutnie zakochana w tych przedmiotach. plakat z monsterą kupiłam na Lawendowym Bazarze, kto lubi botaniczne klimaty, to pędem na bazar! :) kozły to Ikea, ofkors, każdy je tutaj rozpoznaje, ale blat zamówiłam już u swojego stolarza, chciałam, by był duży i pomieścił klamoty, których nie może przecież zabraknąć na moim biurku.

chciałabym napisać, że ten kąt wykorzystuje do granic możliwości, że wyciskam wszystkie soki, aż same suszki zostają. z całego zdania prawdziwe jest tylko „chciałabym” :)  teraz, na ten przykład, rozwaliłam się na kanapie, wczoraj przy pracy siedziałam w kuchni, a wcześniej to w ogóle gdzieś na kolanie wpis powstał. swoje miejsce pracy i skupienia zamierzam dopiero stworzyć, mam malutki pokoik na dole do urządzenia, ale to się jeszcze musi Chop wyprowadzić (oj, niedaleko, raptem dwa kilometry stąd :P ). po jakiego farfocla (kto oglądał „Roszpunkę”?) mi to biuro? co się będę kryć, jak to mówią – kiepskiej baletnicy to i rąbek spódnicy..   w oddzielnym biurze, na dole (to ważne), liczę na większe możliwości skupienia. czy to mi się uda? hm.

i jak, widzielibyście się tu podczas pracy? :) kto, co by tu zmienił, kto wziąłby coś dla siebie, a kto zwinął się prędzej niż szybko? ;)

 

ściskam

Beata

Follow czarny dach:

Latest posts from